Cześć! Mam nadzieję, że ktoś tu jest i czeka na nowy rozdział, który właśnie nadchodzi wielkimi krokami! Przepraszam za moją długą nieobecność, ale niestety natłok obowiązków i nauki przerósł mnie. Tymczasem dzisiaj, w ramach wynagrodzenia serwuję ciąg dalszy historii. Serdecznie zapraszam! :)
3 miesiące później...
-Biedna dziewczyna... I to jeszcze taka młodziutka! Ponoć postradała zmysły! Wszystko się jej miesza w głowie.
-O Merlinie! Nie ma się co dziwić. Tyle przeżyła. Ta wojna była naprawdę strasznym czasem w dziejach czarodziei. Zresztą... Nie wiem, czy słyszałaś, ale dorwali jej rodziców.... Straszna tragedia. Bawili się nimi, jak z Longbottonami...
Słyszę te ciche szepty. Mimo, że nie chcę, w głowie wciąż huczą mi słowa jednej z uzdrowicielek: "bawili się nimi, jak z Longbottonami". Przekręcam się na drugi bok i pozwalam nagromadzonym łzom swobodnie spływać. Mam ochotę krzyczeć, że wcale nie zwariowałam, jednak zamiast tego wpatruję się tępo w okno.
Dokładnie 2 miesiące temu miałam rozpocząć swoje nowe życie u boku Rona Weasley'a. Mimo zakotwiczonego głęboko w sercu bólu po stracie naszych najbliższych postanowiliśmy ruszyć ze swoim życiem dalej. Ja dostałam propozycję przyjęcia stanowiska pracy w Departamencie Przestrzegania Prawa Czarodziejów, a Ron miał wkrótce podjąć pracę aurora. Parę dni później ku ogólnej radości naszych przyjaciół Ron poprosił mnie o rękę.
-A już myślałam, że zmieniłeś zdanie.
Skwitowałam z promiennym uśmiechem i padłam mu w ramiona. Myślałam wtedy, wręcz byłam pewna, że wszystko, co złe - minęło. Łudziłam się, że los w końcu uśmiechnął się do nas. W jak wielkim błędzie byłam...
Zaczęły dręczyć mnie koszmary. Za każdym razem pojawiała się w nich jedna postać. Mężczyzna, który skrywał swą tożsamość pod maską śmierciożercy. Niezmiennie znajdowaliśmy się na starym, zaniedbanym cmentarzu. Owa postać zbliżała się do mnie wolnymi krokami, jakby chciała spotęgować we mnie uczucie strachu.
-Ta wojna nigdy się nie skończy Granger. To dopiero początek.
Jego głos ociekał kpiną. I kiedy dzielił nas metr odległości on znikał, a na jego miejscu pojawiali się Harry i Ron. Ich spojrzenia były puste. Wyglądali, jak zombie.
-Nie uratowałaś nas Hermiono...
Wtedy budziłam się zlana potem, z sercem wybijającym zatrważająco szybki rytm, witając nowy dzień. Powoli stawałam się wrakiem człowieka. Nie umiałam sobie poradzić w żaden sposób z prześladującym mnie mężczyzną ze snów. Ron pozostawał wobec mnie bezradny. Próbował, starał się, stawał wręcz na głowie, lecz nie potrafił mi pomóc. Mój stan osiągnął kulminacyjny moment, kiedy Molly zaprosiła nas do siebie na kolację. Z chęcią przystałam na tą propozycję, łaknąc zażyć spokoju i bezpieczeństwa, którym emanowała Nora, mając nadzieję, że tu nie dosięgnie mnie całe zło świata, którego coraz bardziej się bałam. Kolacja przebiegała w bardzo radosnej i przyjaznej atmosferze. Gdy skończyliśmy jeść suto zastawioną kolację udaliśmy się we czwórkę na piętro. Ja, Ron, Ginny i Harry. Jak za starych dobrych czasów. Usadowiliśmy się na jednym z wolnych łóżek i cieszyliśmy się swoją obecnością.
Mój umysł zalała fala wspomnień. Siedzieliśmy dokładnie w tym samym miejscu. Byliśmy tylko nieco młodsi, a na twarzach malowała się niepohamowana euforia. Znów widzieliśmy się po krótkiej wakacyjnej rozłące, przytulając się i rozkoszując własnym towarzystwem. Niemal widziałam rozpromienionych bliźniaków pokazujących z dumą nowe gadżety z ich wspólnego sklepu. Chwilę później w głowie słyszałam zirytowany głos Molly, który przebijał ciszę, pokazując pełną gamę frustracji, która skierowana była na Freda i George'a za nadużywanie teleportacji w domu. Słyszałam krzyki Rona, który oskarżał mojego Krzywołapa o bezduszny atak i agresję na swojego Parszywka.
Teraz, siedząc tu- zauważam różnicę. W tym domu czegoś brakuje. Tej beztroski, spontaniczności, zwykłych głupawych dowcipów. Ten dom - pełny niegdyś tylu wrzasków, tętniący życiem - dziś pogrążyl się w smutku, który wyziera z każdego kąta. Ktoś móglby stwierdzić, że dorośliśmy. Z pewnością tak, wojna zmusiła nas do tego. Jednak... Czy tak wiele rzeczy po drodze zatraciliśmy? Otrząsam się.
-Nic się tu nie zmieniło.
Przerywam ciszę i z delikatnym uśmiechem lustruję pomieszczenie. Odciągam uwagę od swoich myśli i skupiam się na trójce moich najlepszych przyjaciół.
-Mama uparcie zabrania nam dokonywania jakichkolwiek zmian.
Odzywa się cicho Ron.
Na chwilę znów zapada cisza, a każdy z nas pogrąża się we własnych myślach. Ten moment nie trwa jednak dług, bo Ginny, która dziś promienieje, aż wychodzi z siebie, żeby móc o czymś nas poinformować. Jej ekscytacja udziela się również i mi, więc kiedy delikatnie odkaszluje, skupiam wzrok na tej malej osóbce.
-Herm. Ron. Chcielibyśmy Wam coś oznajmić.
Jej radosny głos wypełnił pokój, a delikatny uśmiech zagościł na twarzy, gdy spojrzała an Harry'ego.
-Pobieramy się.
Uśmiechnęłam się szeroko i natychmiast przytuliłam ją do siebie.
-Och, Ginny! Tak się cieszę!
Wyszeptałam ze łzami w oczach.
-Nooo.. Stary, masz o nią dbać. Ron wyszczerzył się i poklepał przyjacielsko Harry'ego po plecach, na co Wybraniec w odpowiedzi zaśmiał się serdecznie.
-Głos jej z głowy nie spadnie stary. Razem z Ginny wybuchnęłyśmy śmiechem.
Harry odchrząknął niepewnie i odezwał się znowu.
-Chcielibyśmy również prosić was, byście zostali naszymi świadkami na ślubie. Zapiszczałam z radości i przytuliłam przyszłego pana młodego z całej siły.
-To chyba znaczy tak.
Powiedział tonem znawcy Ron i wszyscy na nowo zaczęliśmy się śmiać. Po północy w końcu opuściłyśmy pokój chłopaków i udałyśmy się do "naszego" pokoju. Byłam tak zmęczona, że ledwie wyszeptałam "Dobranoc Ginn", a chwilę póżńiej znajdowałam się już w ramionach Morfeusza. I wtedy powitała mnie tak dobrze znana mi postać.
-Wiesz, dlaczego wciąż do ciebie przychodzę? Odezwał się cichym, złowieszczym głosem. Nie czekając na moją odpowiedź ciągnął tym samym tonem.
-Bo jesteś słaba Hermiono Granger. Jego szmaragodowo-zielone oczy przewiercały mnie na wylot.
Obszedł mnie dokoła, balansując swą różdzką po mojej szyi.
-Nie panujesz nad swoimi emocjami. Ciągle nurzasz się w smutnych wspomnieniach.
Przerwał i spojrzał mi w oczy, a nasze twarze dzieliło zaledwie kilka centymetrów. To tylko sen. To tylko sen! Oddychaj.
-Jesteś, więc łatwym celem. A ja właśnie takiej słabej osoby potrzebuję.
Patrzył na mnie, jakby czekając na jakąś reakcję. Spojrzałam mu twardo w oczy.
-Wkrótce się zobaczymy Granger.
Obudziłam się z krzykiem na ustach. Oddychałam szybko i próbowałam się uspokoić.
-Hermiono?
Zaalarmowana Ginny podniosła się do pozycji pionowej. Chwilę później do pokoju wszedł Ron i w mgnieniu oka znalazł się przy mnie, przytulając i glaszcząc po plecach.
-Hermiono, skarbie. Jestem tu. Już wszystko dobrze.
-Nic nie jest dobrze! I ty dobrze o tym wiesz!
Powiedziałam zdenerwowanym drżącym głosem.
Drzwi znów się otworzyły i tym razem w progu stała pani Weasley.
-Słyszałam krzyki... Co się stało?
-On istnieje Ron!
Molly patrzyła na mnie nic nierozumiejącym wzrokiem, lecz w mgnieniu oka poskładała fragmenty układanki. Widziałam błysk w oku. Widocznie Ron musiał jej o czymś mówić. I tak oto dziś jestem tu, gdzie jestem. Jak można się domyślić w obawie o mój stan psychiczny zostałam przetransportowana do szpitala św. Munga. Wszyscy podjęli za mnie decyzję, jakby moje zdanie w tej kwestii było nieistotne. Zegar wybija północ. Słychać ostatnie szepty kobiet, by za chwilę mogła nastać błoga cisza. Dokładnie za 6 godzin przyjdzie Ron z kwiatami przed pracą, by zapytać o moje samopoczucie. 2 godziny później niezrażona moim milczeniem i ignorowaniem odwiedzi mnie Molly, by przynieść gorący smaczny obiad , mrucząc, że to co nam podają w szpitalu to nie jest jedzenie. Koło południa z pewnością wpadnie Ginny, by opowiedzieć mi, co nowego w świecie czarodziejów i pewnie przyniesie ze sobą Proroka Codziennego. Moje myśli przerywa jednak ciche skrzypienie otwieranych drzwi. Zastygam w bezruchu, udając profesjonalnie pogrążenie we śnie i czekam, aż uzdrowicielka, upewniwszy się, że wszystko w porządku opuści pomieszczenie. Tak się jednak nie dzieje. Moje serce łomocze w piersi. Moja intuicja krzyczy "nigdzie nie jest bezpiecznie, coś jest nie tak". Żadnego szmeru, żadnego ruchu. Po prostu cisza. Odwracam się powoli, by ujrzeć nade mną zwisającą sylwetkę. Te oczy. Ten szmaragdowo-zielony kolor oczu nie sposób pomylić z innym. Otwieram szeroko usta, by wezwać pomoc, kiedy ON z szerokim uśmiechem na twarzy przykłada mi poduszkę do ust. Słyszę jeszcze "W końcu się spotykamy Hermiono Granger" i odpływam...