I oto w końcu nadszedł ten dzień. Dzień zwycięstwa. Wokoło panuje zamieszanie. Dziś Hogwart prezentuje się tragicznie. Chociaż śmiem powiedzieć, ze to raczej małe niedopowiedzenie. Dziś ze szkoły, która była dla mnie domem, w której przezywalam wszystkie wzloty i upadki, pozostała ruina. Wokoło pełno ciał i gruzów. Puste spojrzenia naszych przyjaciół. Szukam wzrokiem płomienno rudej czupryny i w końcu dostrzegam wraz z całą rodziną. Otaczają zimne, pozbawione życia ciało Freda. Rozpaczliwy głos Ginny przepełniony bólem wypełnia teraz Wielką Salę. Molly próbuje ją uspokoić, lecz sama jest w niewiele lepszym stanie, więc tylko przytula córkę i razem pogrążają się w cierpieniu. George klęczy obok martwego ciała i kołysze się w przód i w tył. Nagle otrząsa się z transu, łapie za ramiona bliźniaka i krzyczy z całych sił.
-Obudź się! Obudź się durniu! Po co się tam pchałeś?! Ty skretyniały matole! Jak na dowcipy Weasley'ów strasznie zaniżasz poziom! Cichym, niemal niedosłyszalnym szeptem przepelnionym desperacją stawia ostatnie pytanie.
-Po co mnie zasłoniłeś Fred?
Z jego gardła wyrywa się szloch, a mną wstrząsają dreszcze. Powoli wstaje. Na jego twarzy widzę szaleństwo. Niespodziewanie zaczyna miotać zaklęciami, niszcząc to, co jakimś cudem zdążyło się tu jeszcze zachować. W jednej chwili dopada go Angelina i zamyka w żelaznym uścisku. Chwilę jeszcze George stawia opór, lecz słychać kojący i uspokajający szept dziewczyny, który w końcu pomaga zapanować nad Weasley'em. Nie chcę na to patrzeć, nie chcę tego widzieć, lecz sylwetka Rona zmusza mnie do pozostania. On jedyny w żaden sposób nie reaguje. Jego wzrok jest pusty, a twarz pozbawiona jest wszelkich emocji. Poddał się. Ron Weasley się poddał... Chcę do niego podejść, przytulić, powiedzieć, ze wszystko będzie dobrze, jednak sama w to nie wierzę. Pozostaję w miejscu.
Nieco dalej dostrzegam Harry'ego. Pochyla się on nad ciałami Tonks i Lupina. Leżą oni obok siebie, a ich ręce złączone są ze sobą. Wyglądają, jak gdyby byli tylko pogrążeni w śnie.
-Przepraszam!
Szepcze.
-Tak bardzo przepraszam! Chwiejnie staje na nogach i chwyta się za głowę. Jego twarz to jeden wielki grymas - grymas pełen wściekłości i bólu. Wybiega z sali i znika. Poddał się. Harry Potter się poddał...
Postępuję krok do tyłu. Chcę stąd wyjść. Nie chcę oglądać tej tragedii. Jeszcze jeden krok. I nagle pod nogą wyczuwam coś twardego. Obracam się powoli i z przerażeniem dostrzegam drobną postać Gryfonki- Lavender Brown. Coś ściska mnie w gardle. Jej spojrzenie jest odległe, puste, zamglone. Jej nogi wykręcone są w nienaturalny sposób, jednak na twarzy maluje się spokój. Odwrwcam szybko wzrok, który pada na Colina Creevey'a. Pętla na gardle zaciska się jeszcze bardziej. Łapczywie chwytam oddech. Za mlody, by zginąć. Odzywa się cichy głosik w mojej głowie. Moją uwagę odwraca od niego uspokajający głos Neville'a. -Już dobrze. Cichutko. Już po wszystkim...
Blondwłosa dziewczyna, która siedzi obok niego zarzuca mu nagle ręce na szyję, a następnie wtapia się rozpaczliwie w jego usta. Luna Lovegood. Ostatkiem sił wychodzę z sali, bojąc się, że zostanę przez kogoś zauważona. Tchórzę i poddaję się. Hermiona Granger poddała się.
Ciekawie sie zapowiada :) mam nadzieje,ze kolejne notki beda dluzsze i dziekuje za komentarz na blogu, dzieki ktoremu moglam odkryc Twoje opowiadanie.
OdpowiedzUsuńDziękuję bardzo! :)
OdpowiedzUsuń